Młodego naukowca niedola

…czyli trochę o podoktoranckiej otchłani

Dzisiejszy wpis będzie poruszał bardzo mały aspekt o wiele większego problemu. Wielu czytelników Bigosu zdaje się być studentami i doktorantami – dlatego zależy mi na Waszych opiniach na ten temat.

***

W polskich mediach rozgorzała niedawno dyskusja sprowokowana artykułem w Gazecie Wyborczej na temat niedoli polskiego doktoranta. Niemal w tym samym czasie Royal Society – brytyjski odpowiednik Akademii Nauk – wypuściło krótki, dwustronicowy dokument skierowany do doktorantów (lecz także promotorów i instytucji). Blogerka Joulie Gold z bloga Nature Jobs umieściła także krótki wywiad z profesor Athene Donald, która przewodziła obradom podsumowaniem których jest wspomniany dokument.

thesisorigin
No i co dalej? Źródło: phdcomics.com

Tekst porusza kwestie związane z karierą po doktoracie oraz zarządzaniem oczekiwaniami z nią związanymi. Innymi słowy – jak przygotować się (lub swojego podopiecznego) do okrutnego, niewdzięcznego świata  „na zewnątrz”?

Mimo, że dokument napisany jest z perspektywy brytyjskiej, poruszone w nim kwestie mogą przekładać się na polskie warunki. Z pewnością warto przyjrzeć się także, jak sytuacja wygląda „zagranico” – bo wcale różowo tam nie jest.

Doktorat = kariera naukowa?

Profesor Athene martwi się o to, czy oczekiwania studentów względem ich kariery zawodowej są realistyczne. Zauważa, że wraz z rosnącą presją, refleksja nad życiem po doktoracie schodzi często na drugi plan.

Głównym problemem jest wiara w to, że doktorat zapewni pracę w instytucjach naukowych czy na uniwersytecie.

doktorat zabija
Doktorat zabija. Źrodło zdjęcia: up.wroc.pl

Nie ma się co oszukiwać – nie każdy doktorant będzie miał taką możliwość. Środowisko akademickie zdaje się jednak ten fakt ignorować, w efekcie trenując studentów w taki sposób, jakby ścieżka naukowa była tą jedyną możliwą.

Nie jest to zbyt pragmatyczne. Pewne badanie ankietowe w Wielkiej Brytanii pokazało, że  spośród setki studentów PhD, około 30tu podejmie badania na stanowisku postdoca. Jednak jedynie czterech (!) zabezpieczy stałe stanowisko akademickie.

Czasy się zmieniły i wygląda na to, że produkujemy więcej doktorów, niż jest miejsc na uczelniach. Dotyczy to także i Polski. Choć nie mam danych, jak wielu doktorantów “kończy” na stanowiskach akademickich, artykuły takie jak te w Wyborczej budzą niepokój. Do tego liczba doktorantów nie zmniejsza się, przeciwnie – zdaje się wciąż wzrastać, podobnie jak w innych krajach.

Za: smarter
Liczba doktorantów na przestrzeni lat w różnich krajach. Polska podkreślona kolorem czerwonym. Wykres zaczerpnąłem z artykułu na portalu smarterpoland.pl

Duża część z nich będzie musiała zatrudnić się poza środowiskiem akademickim – jednak obecny system zupełnie ich do tego nie przygotowuje.

Za moich czasów…

Winę za taki stan rzeczy mogą po części ponosić promotorzy. Większość z nich wychowała się w zupełnie innych warunkach, gdzie o pracę naukową po doktoracie było znacznie łatwiej. Utrzymywanie wrażenia, że doktorat powinien oznaczać karierę w świecie akademickim, jest według Athene wręcz niebezpieczne.

Sugeruje się także, że takie nastawienie pogarsza sytuację na rynku pracy. Utrzymywanie, że kariera akademicka jest tą jedyną słuszną, nie ma przełożenia na faktyczne potrzeby rynku czy też realistyczną szansę studenta na kontynuowanie kariery naukowej.

Prawdę mówiąc jednak, nie mamy wiele systematycznych danych na temat – trudno jest więc stwierdzić, do jakiego stopnia promotorzy/nauczyciele akademiccy zachęcają do pozostania w akademii lub poszukiwania kariery alternatywnej. Mało wiemy także o preferencjach studentów. Utrudnia to wgląd na to, czy istnieje konflikt pomiędzy karierą preferowaną a tą podejmowaną przez doktorantów.

phd

Plany a rzeczywistość

Autorzy interesującego artykułu w czasopiśmie PlosOne postanowił trochę te dziury w danych załatać. Badanie przeprowadzono na ponad czterech tysiącach doktorantów nauk przyrodniczych (59%), chemii (18%) i fizyki (23%) w USA.

Zapytano ich między innymi, do jakich typu kariery są zachęcani przez swoje wydziały/laboratoria.

Poniższy wykres przedstawia wyniki. Niebieskie pole oznacza “silnie zachęcani” (strongly encouraged), a czerwone i brązowe – silnie zniechęcani (strongly discouraged). Zielony oznacza, że studenci nie czują się zachęcani ani w jedną, ani w drugą stronę. Jak widać, nacisk jest zdecydowanie kładziony na badania (słupki faculty-research) w każdej z dziedzin. Co ciekawe, chociaż trendy wydają się na pierwszy rzut oka podobne, ich rozmiar nie jest jednakowy dla poszczególnych nauk.

journal.pone.0036307.g004Autorzy sprawdzili także, jak zmieniają się preferencje doktorantów w zależności od tego, czy dopiero zaczęli doktorat, czy też zbliżają się ku jego końcowi.

Okazuje się, że kariery, które studenci uważają za atrakcyjne, zmieniają się z czasem – na niekorzyść badań naukowych. Niebieskie słupki oznaczają odsetek doktorantów, którzy uznali daną ścieżkę za atrakcyjną dopiero gdy zbliżali się do końca doktoratu, a nie gdy go rozpoczynali (czyli relatywna atrakcyjność kierunku wzrosła). Kolor czerwony to natomiast odestek, który uznał daną karierę za atrakcyjną na początku, ale zmienili zdanie przy końcu doktoratu (więc relatywna atrakcyjność zmalała).

journal.pone.0036307.g003

Zwróćcie uwagę na słupek badań (faculty-research). Jeśli idzie o nauki przyrodncze, 8.7% studentów uznała ten kierunek za atrakcyjny, natomiast 18.3% zmieniła zdanie. Oznacza to, że proporcja studentów, która uznała tę ścieżkę za atrakcyjną, zmalała o 9.6% przy końcu doktoratu.

Weź odpowiedzialność za swoją karierę

Athene Donald przekonuje, że doktoranci powinni zrobić swojego rodzaju “rachunek sumienia” i przemyśleć, na ile realne jest kontynuowanie przez nich pracy naukowej.

Nie ma oczywiście nic złego w wyborze tego typu kariery – ważne jednak, by decyzja ta nie wynikała z nieznajomości innych alternatyw.

Trening naukowy rozwija umiejętność logicznego i krytycznego myślenia, oceny i ważenia dowodów, konstruowania przekonujących argumentów – by wymienić tylko te najogólniejsze. Są to z pewnością atuty mile widziane przez pracodawców.

Doktoranci powinni skupić się więc nie tylko na tych umiejętnościach, które pozwolą im napisać doktorat – powinni mieć także na uwadze samorozwój zawodowy, który pozwoli im odnaleźć się także w innych warunkach.

Royal Society zachęca doktorantów, by byli świadomi alternatywnych ścieżek kariery oraz nawołuje do wzięcia za nią odpowiedzialności.

Jak to zrobić? Duże nadzieje pokłada się chociażby w uniwersyteckich biurach karier. Nawet zakładając, że takowe na wydziale istnieją i działają sprawnie – to już jest w obowiązku i  interesie zarządu uczelni – trzeba jeszcze do nich pójść.

Athene podkreśla więc znaczenie bycia proaktywnym. Warunki mogą być i kiepskie, ale pasywne nastawienie i oczekiwanie, że praca po doktoracie sama przyjdzie, na pewno nie pomaga.

Jako przykład takiej proaktywnści Athene wymienia znalezienie swojego „mentora”. Promotor nie musi być wcale osobą, który nakieruje nas na odpowiednią ścieżkę.

Jak pokazują przedstawione powyżej dane (oraz jak podpowiada doświadczenie), promotor nie jest zawsze najlepszym doradcą zawodowym. Mentora można poszukać gdzie indziej – i nie musi być to nawet osoba ze świata akademickiego. Warto poszukać opinii osoby doświadczonej, na wyższych szczeblach kariery. Kogoś, kto jest w stanie spojrzeć na sytuację z innej perspektywy.

mem
A tak w ogóle, to dlaczego siedzicie na internetach? Nie macie czasem doktoratu do napisania? :) Źródło zdjęcia: memy.pl

Łatwo powiedzieć

Jak sami zauważyliście, mało tu konkretów. Nie sugeruję także, że starania i dobre chęci wystarczą w każdym wypadku. Bardzo często możemy trafić na mur nie do przebicia. Kultura akademicka (mówię tu z własnego doświadczenia) do rozwoju “nieakademickiego” raczej zniechęca – zdarza się nawet, że dość aktywnie.

Warto podkreślić (jak widać z danych z cytowanego wyżej artykułu), nie każda dziedzina jest taka sama i warunki mogą się między nimi nieco różnić.

Promotorzy także są różni – może ten artykuł ma trochę negatywny wydźwięk, ale wiem, że promotorów z głową na karku nie brakuje (pozdrawiam!). Jednak ogólny trend jest dość niepokojący.

Być może warto spojrzeć na siebie i swoją karierę z odrobiną dystansu i rozejrzeć się poza mury akademickie. Być może znajdzie się tam coś dla nas. A jeśli zdecydujemy się tu zostać – przygotujmy się chociaż do oblężenia.

***

Jak myślicie, jak argumenty profesor Athene Donald przekładają się na polskie realia – jeśli w ogóle? A może to tylko takie gadanie, a sytuacja jest beznadziejna? A może studiujecie za granicą? Jestem ciekaw Waszych opinii i doświadczeń.

brain-40377_1280 roz2

P.S. Dajcie mi znać, jeśli znaleźliście jakieś ciekawe statystyki związane z sytuacją polskich doktorantów. Znacznie łatwiej było mi coś znaleźć na temat Wielkiej Brytanii i USA niż Polski…

P.S.2. Powodzenia. Tak serio i z serca.

Garść linków:
Dokument od Royal Society. Świetna lektura zarówno dla doktoranta, jak i jego przełożonych.
Artykuł w PlosOne – trochę liczb na temat preferencji zawodowych doktorantów (open access – DUH!)
Świetny tekst (choć nieco gorzki) na The Conversation w temacie.
Doktoranci, kim oni są, ilu ich jest i nad czym pracują?” – trochę liczb i faktów o polskich doktorantach ze strony smarterpoland.pl
Będąc młodą doktorką” – artykuł z Gazety Wyborczej, który rozpętał całą dyskusję.
Neurobigos można śledzić na Facebooku oraz Twitterze.
Reklamy

8 uwag do wpisu “Młodego naukowca niedola

  1. Zdobycie informacji o ilości zatrudnionych doktorantów na uczelni w zasadzie jest proste. W czym problem? Patrzysz ile było ofert pracy na uczelni – są publikowane w BIP. Sprawdzasz kto się dostał – doktor czy mgr (na dane stanowisko).
    Pytanie zasadnicze – zależy Ci na doktorantach (a więc osoby z mgr nie będące jeszcze doktorami) czy na doktorach (tzn. świeżo upieczony doktor, który jeszcze nie tak dawno był doktorantem)?
    Kolejna sprawa… nie wszyscy decydują się zostać na uczelni (o ile są wolne stanowiska/mogą być w przyszłości). Większość doktorantów w zasadzie pracuje. A doktorat robi „dorywczo”. Przynajmniej w dziedzinie o której mówię. ;) ;) Jak sam widzisz – badania skupiają się tylko na 3 dziedzinach. A tą są specyficzne dziedziny – jak zauważyłeś.

    (przepraszam za styl i interpunkcję).

    Pozdrawiam!

  2. Nooo
    mógłbym na ten temat cały elaborat napisać
    ja – człowiek z zewnątrz, po wielu latach pracy w sektorze prywatnym, zostałem ‚zmuszony’ do pójścia na studia i tak się rozpędziłem, że aktualnie jestem na 3 roku studiów doktoranckich
    nie do końca mnie dotyczy problem kariery naukowej ponieważ moje motywacje do robienia doktoratu były zupełnie inne
    wciąż normalnie pracuję, a doktorat robię jakby z boku (co ma swoje ogromne zalety i ogromne wady)
    taka zaleta pracy informatyka, że mogę sobie na to pozwolić
    natomiast co do środowiska akademickiego to jest ono chore i to CHORE kapitalikami – niestety nie widać szans na poprawę
    młodzi ludzie, tak szybko nasiąkają niewłaściwymi zachowaniami, zabawą w gównianą politykę na szczeblu katedry, instytutu czy wydziału, szarpaniem się o kasę, nepotyzmem, dziwną władzą, że im po prostu odbija – stają się wiernymi kopiami, lustrzanymi odbiciami swoich własnych promotorów i profesorów na których kiedyś bluźnili
    ale jak się siedzi w środku to tego zupełnie nie widzą – taki koń z klapkami na oczach
    akurat w moim instytucie 90% doktorantów nie planuje kariery naukowej (choć nie wiadomo co się wydarzy), ale tacy na przykład matematycy czy fizycy nie mają zbyt wielkiego wyboru po zrobieniu wysoce specjalistycznego doktoratu w tych dziedzinach
    i część z nich mocno się zawiedzie bo nie ma dla wszystkich miejsc na uczelniach, a szczególnie w dobie niżu demograficznego na uczelniach
    jeszcze innymi tematem jest zupełni pomieszanie pojęć robienia nauki i dydaktyki – w Polsce to drugie zajmuje 90% czasu ponieważ system jest tak skonstruowany, ze to student (sztuka) daje główny dochód uczelni – no to się nim zajmuje a nie robieniem nauki
    no cóż – format komentarza nie pozwala zawrzeć wielu rzeczy więc na tym poprzestanę

  3. Środowisko akademickie nie tyle ignoruje fakt, że nie każdy doktorant znajdzie pracę w instytucjach akademickich, ile wykorzystuje naiwność, zagubienie, brak perspektyw na dobrą pracę i młodzieńczy optymizm absolwentów, aby zwabić ich na studia doktoranckie. Doktoranci są potrzebni jako pół-niewolnicza siła robocza, nisko opłacany personel dydaktyczny i administracyjny, a także do osiągania przez promotora kolejnych szczebli awansu; w Polsce dochodzi do tego jeszcze walka o ministerialną dotację dla wydziału/instytutu.

    Ekonomiczne i społeczne aspekty tego mechanizmu zostały już dawno opisane, tylko co z tego? http://www.psmag.com/science/the-real-science-gap-16191/?

    Ja ze swej strony staram się ZNIECHĘCAĆ do robienia doktoratu. Doktorat, poza bardzo nielicznymi wyjątkami, jest dla osób, które planują karierę naukową, mając przy tym świadomość, że o pracę w instytucjach akademickich jest bardzo trudno. Niemalże każdy inny powód robienia doktoratu jest zły.
    http://pfg.blox.pl/2010/05/Po-co-doktorat.html
    http://forum.gazeta.pl/forum/w,87574,156214473,156247320,Re_Studia_doktoranckie_na_wydziale_filologicznym.html

    Inni też zniechęcają: http://100rsns.blogspot.com/

    Trzeba przy tym jednak pamiętać, że spośród tych ~40,000 polskich doktorantów tylko część ostatecznie zrobi doktorat. Niektórzy mówią, że połowa. Inni, że nie więcej, niż 20%.

    @hesar – akurat znaczna część młodych doktorów matematyki i fizyki nie ma problemu ze znalezieniem satysfakcjonującej pracy poza instytucjami akademickimi, oczywiście po częściowym przekwalifikowaniu, co jednak przychodzi im z łatwością (doktorantów matematyki i fizyki jest zresztą bardzo niewielu, o wiele mniej, niż w społ-humach czy choćby biologii, więc problem nie dotyczy wielu osób). Niestety, są tacy, którzy zrobiwszy doktorat i nie znalazłszy pracy na uczelniach czy w instytutach naukowych przeżywa wielką frustrację. Dlatego powtarzam: Doktorat jest dla osób planujących karierę naukową i *mających świadomość*, że karierę tę rozpocząć będzie bardzo trudno.

  4. „Czasy się zmieniły i wygląda na to, że produkujemy więcej doktorantów, niż jest miejsc na uczelniach. Dotyczy to także i Polski. Choć nie mam danych, jak wielu doktorantów “kończy” na stanowiskach akademickich, artykuły takie jak te w Wyborczej budzą niepokój. Do tego liczba doktorantów nie zmniejsza się, przeciwnie – zdaje się wciąż wzrastać, podobnie jak w innych krajach.”

    chyba chodzi o DOKTORÓW, nie doktorantów?

  5. Robiłam doktorat i pracowałam jednocześnie – co, jak już ktoś napisał wyżej, ma swoje plusy i minusy (minus – ciężko wszystko pogodzić ze sobą i trzeba się nieźle naharować, plus – masz za co żyć i zdobywasz doświadczenie na rynku pracy, która przyda się, jak posada na uczelni nie znajdzie się dla ciebie). Prowadziłam zajęcia za darmo w ramach robienia doktoratu („bo to będzie dobrze postrzegane i zwiększy Pani szansę na etat”). Napisałam wysoko-oceniony doktorat i jestem w swojej dziedzinie jedną z niewielu specjalistów w Polsce (dziedzina humanistyczna). Mam publikacje (choć dopiero teraz wiem, że publikowałam w nieodpowiednich miejscach, ale w czasie robienia doktoratu nie miałam za bardzo kogo się poradzić w takich kwestiach, bo mój promotor był świetny merytorycznie, bardzo pomógł przy samej dysertacji, ale – jak to napisano wyżej – on w innych realiach robił swoją karierę i jemu się wydawało, że to oczywiste, że zostanę zatrudniona). No i nie udało się, bo niż, bo specjalizacja niszowa, bo likwidujemy katedrę, bo coś tam. I świadomość, że system jest rzeczywiście chory – dopiero po zrobieniu doktoratu zdałam sobie sprawy, że w ogóle nie mieli prawa mi mówić, że ja zostanę zatrudniona przez instytut – bo nawet gdyby miał „otworzyć się etat”, powinien odbyć się otwarty konkurs, w którym nie powinnam z biegu wygrać, a tylko wtedy gdy mam najwyższe kwalifikacje. Zdałam sobie z tego w pełni sprawę, kiedy stanęłam w konkursach na stanowisko na innej „renomowanej” uczelni w Polsce i okazało się, że pomimo prawdopodobnie wyższych kwalifikacji zatrudnili osobę z własnego instytutu, która niedawno zdobyła tam doktorat (podejrzewam tylko, że mam wyższe kwalifikacje, bo próbowałam się dowiedzieć, gdzie straciłam punkty podczas procesu rekrutacyjnego i powiedziano mi, że nie mają obowiązku mi podać takiej informacji – czyli miejmy świadomość, do jakiego stopnia otwarte konkursy na stanowiska na uczelniach są często całkowitą ściemą – obecnie złożyłam skargę do WSA o utrudnianie dostępu do informacji publicznej). Z osób, które robiły ze mną doktorat, niewielu skończyło. Doktorantów rzeczywiście traktuje się jak tanią albo wręcz darmową siłę roboczą – i to nawet nie jest złośliwe – po prostu uważa się to za normalne, że musisz się wykazać, żeby w ogóle mieć szansę na stanowisko. Zatrudnianie na umowy zlecenie albo w ogóle bez płatności, wymagania, aby doktorant (często za darmo) wykonywał prace administracyjne, prace redakcyjne przy publikacjach wydziałowych, wykonywanie badań za profesorów, itd. – nie wszystko to mnie dotknęło, ale obracałam się na tyle w tym środowisku, żeby wiedzieć, jak to wygląda. Plus oczywiście obecnie doszło oczekiwanie, że młody doktorant/doktor zdobędzie dla instytutu grant, więc dochodzi jeszcze praca (też przecież darmowa i energochłonna) przy przygotowywaniu grantów, które nie wiadomo czy się dostanie – to zajmuje około miesiąca, dwóch, po czym czekasz prawie rok, żeby otrzymać recenzję z NCN wyraźnie napisaną przez osobę, która nie ma pojęcia zielonego o twojej dziedzinie specjalizacji i pisze jakieś dyrdymały (oczywiście odrzucając projekt) ;). No i Publish or Perish (Publikuj albo Wymrzesz) – też przecież praca darmowa… Szczerze – odradzam robienia doktoratu z zamiarem zostania na uczelni. Jeśli z jakiegoś innego powodu go potrzebujesz – spoko, ale tak to uciekaj póki możesz ;)

  6. Wybieram się na doktorat, ale już dzisiaj wiem, że szanse na „ZOSTANIE NA KATEDRZE” są nikłe. III stopień traktuje bardziej jako możliwość zdobycia kontaktów, czy umiejętności, niż realne przygotowanie do zawodu. Pominę fakt, że uwielbiam badania i pracę naukową. Niestety, na uczelniach miejsca pozajmowano już dawno: skład grona profesorskiego nie zmienia się od lat. Wiele kursów, na które uczęszczałam, prowadziły osoby będące już od dawna na emeryturze, ale dalej pracujące na Uczelni i blokujące wolne etaty. Mimo to, wielu z moich kolegów i koleżanek uważa, że środowisko akademickie przyjmie ich do pracy z otwartymi rękami tylko dlatego, że są. Do tej pory spotkałam się również z (dla mnie chorą, ale dla innych chyba normalną) praktyką, gdzie magistranci/doktoranci pisali publikacje „na zlecenie” pracowników uczelni. Oczywiście, nazwisko studenta na końcu zastępowano nazwiskiem osoby stojącej wyżej w hierarchii. Nie wspomnę już o sztucznie napędzanej, niczemu nie służącej rywalizacji pomiędzy doktorantami. Współpraca jest przereklamowana.
    Najgorsze jest jednak to, że starej akademickiej gwardii jest tak wygodnie. A więc nie zmieni się nic.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s